HomeraceGarmin Gravel Race 2021

Garmin Gravel Race 2021

"Coś nowego"

Poszukiwań nowych tras ciąg dalszy. Już dłuższy czas temu zostaliśmy redakcją Gravelbike.pl zaproszeni na debiutujące zawody gravelowe Garmin Gravel Race w Górach Izerskich. Cóż, do tej pory raczej ciągnęło mnie na niezbadany wschód, teraz przyszło odkrywać już odkryte. Zachód.

Organizatorzy nie pomylili się ani trochę, wybierając na miejsce zawodów Izery. Góry użytkowane turystycznie niemalże od początków istnienia turystyki górskiej, szlaki szerokie o zadziwiająco równym nachyleniu, nawierzchnia głównie żwirowa, słowem bajka. Do tego dobrze rozwinięta baza noclegowa i infrastruktura. Bez większych problemów znaleźliśmy nocleg, a organizatorzy (mam nadzieję) miejsce startu i mety.

Garmin Gravel Race rozegrany został na dwóch dystansach, 35 km i 65 km, oraz osobno była prowadzona klasyfikacja dla startujących na gravelach, oraz osobno na MTB. Całą redakcją jednogłośnie zdecydowaliśmy się na dłuższą przygodę. Już dnia poprzedzającego start wiedziałem, że to dobra decyzja, trasa nie prowadziła po pętlach, więc poznałem dwa razy więcej nowych ścieżek.

Biuro zawodów zorganizowane było w dolnej stacji kolejki gondolowej SKI SUN Świeradów, dzięki temu nie było problemu z parkingiem, oraz zapleczem technicznym. Wielki plus za restaurację, gdzie można było zjeść porządny posiłek regeneracyjny po prawie czterogodzinnej wyrypie.

Co, jak i po czym?

Sama formuła wyścigu przypominała bardzo maraton MTB, zarówno dystans, jak i rozmieszczenie bufetów na trasie. Trasa typowo górska, 4-5 dłuższych lub stromych podjazdów, kilka “płaskich” fragmentów oraz zjazdy. Co do podjazdów, zaskoczyła mnie jakość nawierzchni, średniej jakości asfalt lub naprawdę ładny szuter, pomimo różnego nachylenia ciężko było znaleźć coś o katastrofalnej nawierzchni. Na wypłaszczeniach dominowała szutrowa poezja, cudowne ścieżki w pięknej scenerii, otoczone widokami, których nie mogłem oglądać, wszak trwał wyścig. Zjazdy zaś w sporej części również po szutrach dawały złapać flow i pozwolić sobie na naprawdę spore prędkości. Nie zwalniało to oczywiście z ostrożności oraz dobrego wyczucia, na szczęście nie widziałem ani nie słyszałem o żadnej kolizji na trasie wyścigu, ale ilość osób na poboczu łatających kapcie przypomniała za każdym razem, że trzeba uważać na koła. Na koniec opisu trasy zostawiłem błotne piekiełko w okolicach izerskich torfowisk. Wzorując się zapewne na zachodnich imprezach tego typu, organizatorzy zadbali o niemalże nieprzejezdny odcinek. Błoto oraz spore nachylenie uczyniły tę przeprawę niezmiernie trudną.

Jest rzecz, której nie można nie pochwalić, naprawdę świetne oznakowanie trasy. Ani przez chwilę nie miałem wątpliwości, że nie zbłądziłem, w czym wybitnie pomogły zwykłe kawałki pomarańczowej taśmy rozwieszone co jakiś czas. Dodatkowo kluczowe skrzyżowania i zakręty obstawione były ludźmi którzy, tak jak obsługa bufetów, chętnie pomagali i udzielali informacji. Za to naprawdę wielkie brawa. Dzięki elektronicznemu pomiarowi czasu wyniki były na bieżąco i bez wątpliwości, na szczęście dzisiaj w wyścigach amatorskich to już praktycznie standard.

Wyścig

Start długiego dystansu był dosyć wcześnie, temperatura oscylowała w okolicach 6 stopni Celsjusza. Nie było jednak czasu na marznięcie. Biuro zawodów dopiero rano wydawało pakiety startowe, wiec trzeba było szybko przypinać numer startowy oraz mierzyć bardzo fajną czapeczkę, Dzięki LUXA. Zaraz potem krótki start honorowy, po chwili ostry i niemalże od razu podjazd pod Izerski Stóg. To już na dobre podzieliło stawkę, dzięki czemu nie trzeba było stresować się jazdą w większej grupie i można było swobodnie dobierać tor jazdy. Po dotarciu pod szczyt zaczął się wg mnie najlepszy odcinek trasy, lekki zjazd do osady Drwale. Przyjemna nawierzchnia, przygrzewające, pomimo wczesnej pory, słońce i niesamowicie oszronione trawy sprawiały, że jazda była prawdziwą przyjemnością. Zaraz za Drwalami zaczął się pierwszy zjazd. Szeroka szutrowa droga aż prosiła się żeby sobie pofolgować, nie dało się tam zjeżdżać wolno, uśmiech sam pojawiał się na twarzy. Po dojeździe do Hali Izerskiej znowu zaczynała się mozolna wspinaczka w grzbiet Izerów gdzie czekało kilka kilometrów ” płaskiego” a zaraz po tym zjazd w dół, do przełęczy Rozdroże i dalej w okolice stacji turystycznej Orle. Sam zjazd z początku niezbyt szybki pod koniec okazał się pułapką dla nieuważnych lub zbyt odważnych. Kosztował on wielu kolarzy dobre miejsce w klasyfikacji końcowej wyścigu. Następnie trasa prowadziła podjazdem w stronę Jakuszyc, gdzie znajdował się bufet. Po szybkim dolaniu wody do bidonu ruszyłem przed siebie. Po chwili zaraz za zjazdem z miłej szutrowej drogi zaczynało się błotne piekiełko. Rozjechana leśna droga pełna błotnistych kałuż. Starałem się, jak poprzednicy kluczyć, tak aby zminimalizować problem relatywnie kiepskiej przyczepności opon w błocie. Jednakże, gdy dotarłem do kamienistej ścianki opływającej w ziemnej mazi, zdecydowałem się zsiąść z roweru. Niemało w tej decyzji pomógł mi przeżywany właśnie kryzys na trasie. A to wciąż nie był koniec. Po wydostaniu się z najtrudniejszych technicznie części trasy czekał niemalże 15 % podjazd aż pod kopalnię Stanisław. Na osłodę został fakt, że podjazd prowadził drogą o naprawdę szutrowej, dobrej nawierzchni. Przy samej kopalni zapierające dech w piersiach widoki, a zaraz potem znowu zjazd. Z tym że na początku, znów czekał “oes” po kamieniach zaś potem dopiero szutrowa ekstaza. Na sam koniec trasy zostały bardzo ciekawe odcinki Świeradowskiego singletracka prowadzące aż do samej mety.

Sprzęt

Co do sprzętu, jechaliśmy z Piotrkiem na niemalże bliźniaczych rowerach Accent Furious na Sramie Apexie 1x 11, zębatki 42t kasety 11-42t. Na najbardziej stromym podjeździe pod kopalnie Stanisław wystarczyło, choć życzyłbym sobie lepszej kondycji. Ogumienie tez jednakowe, Tufo Gravel Thundero, katuję je od pół roku i jestem z nich coraz bardziej zadowolony. U mnie na ciśnieniu 2,2 z przodu oraz 2,5 z tyłu bez problemu przejechałem całą trasę, nie licząc w tym błotnego piekiełka. Sprzęt dał sobie radę, w szczególności mechaniczne hamulce TRP Spyre, aczkolwiek pracujemy nad dodatkową poprawą ich pracy. Bez większych problemów poradziła sobie również Olga, która na dętkach i oponach WTB Riddler 37mm, nieco mniej niż 4 atmosfery i pomimo relatywnie niedużego komfortu była zadowolona ze swojego sprzętu, czyli Krossa Eskera 6.0.

Podsumowanie

Na starcie stawili się reprezentanci wszystkich sfer polskiej sceny gravelowej, od rasowych ścigantów na przełajówkach po wyluzowanych jeźdźców z kubeczkami przytroczonymi do nerki. Każdy znalazł coś dla siebie, ściganci gnali, jakby ich zły gonił, i wyluzowani, ci robili sobie spokojne przerwy przy bufetach na kanapki i ciepłe napoje. Pomiędzy nimi tacy, którzy jechali tyle ile mogli i tak jak chcieli.
W gronie tym i ja, który mimo kompletnego braku formy zdecydowałem się poznawać nowe. Pomimo dwóch zarwanych nocy na dojazd i powrót absolutnie nie żałuję decyzji o tym wyjeździe. Organizatorzy wyścigu Garmin Gravel Race pokazali nam kawał pięknych Izer, przy okazji przypominając, że to góry. Czujnym i silnym trzeba być cały czas. Na starcie i mecie świetna atmosfera, bez zbędnej napinki, a potem szerokie uśmiechy tych co bez problemów dojechali i zapowiedzi rewanżu z trasą tych, kórzy sporą cześć trasy spędzili, łatając kapcie. Na pewno wrócę w przyszłym roku na kolejną edycję i tym razem oprócz lepszej formy przygotuję też więcej czasu na odkrywanie okolicznych ścieżek, gdyż mam nieodparte wrażenie, że czeka ich na mnie sporo…

Track

Details
Garmin Gravel Race 2021
?
Export
Download
More Details

Autor:

Witold Jagocki

Współtwórca

Leave a comment