HomeRelacjeKraków – Opole

Kraków – Opole

Z Krakowa do Opola

Niedawno natchnęło mnie na zachód, krainę mi dotychczas nie bardzo znaną. Zasadniczo najdalej zapuściłem się w okolice Olkusza. Teraz wiem, że to był błąd. W przypadku jazdy szutrowej, Górny Śląsk odstraszał mnie swoim aglomeracyjnym krajobrazem, świadomością, że asfalt to jedyna opcja. Z czasem jednak gravelowa ortodoksja ustępuje miejsca umiarkowanemu centryzmowi wyrażającemu się mitycznym 70/30. To właśnie skłoniło mnie do przebicia się na zachód przez hanysowo i podążenie do celu który wydawał się do osiągnięcia jednego dnia podczas podróży po absolutnie nieznanych mi rejonach.

Na metę wyznaczyłem sobie Opole. Spory ośrodek miejski a przede wszystkim dobre połączenie PKP z królewskim stołecznym, gwarantowało w miarę sprawny powrót mimo nieprzewidzianych (ale i tak przewidzianych ) opóźnień. Początek trasy poprowadziłem standardowo doliną Prądnika z płynnym przejściem przez pola sułoszowskie i ominięciem od wschodu Olkusza. Koniecznym punktem do zaliczenia na tej trasie była Pustynia Błędowska, na której na rowerze jeszcze nie bylem, zawsze wydawało się to bardzo daleko 😉

Po niej przyszedł czas na un straszny ślunsk. który nie był taki straszny, nawet sporo tego szuterku się znalazło. A i miał człowiek okazję przypomnieć sobie dawne przygody z przełajami podczas targania roweru na plecach przez łąkę która miała być drogą. Praw geografii nie da się oszukać i zdecydowana większość trasy wiodła pomiędzy ludzkimi domostwami, jednakże niosło to za sobą dobrodziejstwo McDonalda w Tarnowskich Górach, ot, coś za coś. Zapchany porcją turbo niezdrowego posiłku zapuściłem się w Lasy Lublinieckie w kierunku północnym mając nadzieję dotrzeć do Lublińca. Liczyłem na cień i chłód tego dnia w lesie. Głupi byłem, kilkanaście kilometrów pięknych szutrowych dróg z jednej strony zachęcało do jazdy, z drugiej nic a nic nie dawało schronienia od skwaru.

I oto stał się mały cud. Po środku niczego, kilkukrotnie zmyliwszy drogi (ach ten komut wspaniały), natrafiłem na małą restaurację, gdzie jednym szybkim małym schłodziłem wnętrzności odmawiające już powoli współpracy. Ileż przyjemniej się jedzie po takim ulżeniu sobie, ten jeden się dowie co tego zaznał. Pełen nowego zapału ruszyłem na ostanie kilometry do Lublińca. Po chwili okazało się, że nowy zapał był niezbędny. Szlak rowerowy poprowadzony kopnym piaskiem urozmaiconym korzeniami na zmęczeniu byłby niemalże nie do pokonania. Tu zaś podpierając się solidną porcją przekleństw i złorzeczeń dla architekta szlaku przebrnąłem przez tą pułapkę i znów mogłem cieszyć się widokiem cywilizacji, oraz dalej chłodzić organizm na napotkanym Orlenie.

Stolica powiatu lublinieckiego była ostatnią większą miejscowością zaplanowaną na trasie, za nią czekały mnie już tylko małe wioski wyrosłe na polanach Lasów Lublinieckich. Nawierzchnia była tutaj bardzo nieoczywista, trafiały się wspaniałe, szutrowe odcinki wzdłuż dróg powiatowych, jak i asfalty pośrodku puszczy. Ogromne połacie lasu, poprzetykane ludzkimi sadybami były wspaniałym kontrastem dla poznanego mi już Górnego Śląska. Sprawiały, że kolejne kilometry, mimo niesprzyjającej aury i narastającego zmęczenia mijały bardzo szybko. Jedynie przerwy na uzupełnianie płynów w bidonach zwiększyły swoją częstotliwość.

Powoli wszak ,wraz z mijającym popołudniem zbliżałem się do celu, Stolicy Śląska Opolskiego czyli Opola. Z lasu wyjechałem w praktyce na rogatkach miasta. Drobną nieprzyjemność sprawił mi tylko garmin postanawiający zastrajkować, zaciął się bezczelny. Na szczęście po resecie nie zeżarło mi tracka więc wrzucę ślad gps pod relacją.

Na samo zwiedzanie Opola, w planie był rynek starego miasta, niestety brakło czasu. Kilkukrotne szukanie właściwej drogi kosztowało jak widać więcej czasu niż planowałem. Tak więc musiałem się zadowolić przepięknym budynkiem dworca głównego, jakże oszpeconego wielkim napisem PKP. Po szybkim nabyciu biletu odczekałem swoje na opóźniony pociąg i bez większych przeszkód dotarłem do domu.

Podsumowując Lasy Lublinieckie spełniły moje oczekiwania, zapewniły kilkugodzinną szutrową ekstazę, ciało też powoli przyzwyczaja się do tego formatu jazdy, zaś sprzęt nieprzyjemny był jedynie dla uszu, ale coś mu się od życia należy po ponad 200km w terenie. Pomny tej nauczki na pewno wybiorę się w te strony ponownie.

Details
Kraków - Opole
?
Export
Download
More Details

Autor:

Witold Jagocki

Współtwórca

Leave a comment